piątek, 18 stycznia 2013

Kyōfu ~ 7

Alan, po nieudanej próbie ucieczki, musiał się grzecznie rozpakować pod czujnym okiem Feliksa. Kątem oka zauważył kotkę, zbliżającą się do Feliksa. `Nie idź, tam, kocie, nie idź `. Felix wziął kotkę na ręce i zobaczył kartkę na obroży.
-Spryciarz. Czyli kot od teraz jest mój? Dzięki! - przytulił kota, patrząc na Alana z wrednym uśmieszkiem na ustach,
-Oczywiście że nie. Zostaje, więc kot też zostaje u mnie.
-Nienienie. Już jest mój. Sam tak napisałeś. O tutaj, widzisz? - pokazał mu karteczkę.
Alan wstał, bezceremonialnie wyrwał Feliksowi zwierzaka i zajął się dalszym rozpakowywaniem.
-Złodziej.
-Jak mnie nazwałeś? 
-Jesteś porywaczem kotów. To mój kot, a raczej kotka, wabi się Amelia.
Alan spojrzał na niego. - Że co?
-To. Zginęła nam, jak tylko się wprowadziliśmy. Co nie, kiciu? -przytulił kota do piersi.
Kot miauknął, jakby w odpowiedzi.
-Tak w ogóle.. To gdzie chciałeś wyjechać?
Alan spuścił wzrok.
-Nad jeziorami jest nasz... mój domek wypoczynkowy. 
Felix usiadł na podłodze. 
- Może wybralibyśmy się tam razem?
-A co ze szkołą?
-Długi weekend przed nami. W dodatku, jeśli opuścimy te 2 dni to nic się nie stanie.
-A co na to Twoi rodzice?
Felix przewrócił Alana tak, że upadł na niego.
-Co mnie to. Przeżyją ten tydzień beze mnie. - Felix delikatnie pocałował zarumienionego Alana.
Alan wtulił się w Feliksa. Jak dobrze móc mieć go przy sobie. 
-Okej, ale może pojedźmy już jutro? Nie mam siły wracać do szkoły.
***
Alan czekał na Feliksa na przystanku. Umówili się, że będą tutaj czekać o 12, a było już 15 minut po.
Zdenerwowany Alan kręcił się w kółko. Co on wyprawia.
W końcu złapał walizkę i pobiegł do domu Feliksa.
Zatrzymał się zdyszany pod drzwiami. Już miał zapukać, gdy usłyszał przytłumione głosy zza drzwi.
-Nigdzie nie jedziesz. Z facetem? Co ty, pedałem jesteś? Jak my cię wychowaliśmy!
-Tato, proszę cię. To przyjaciel, jedziemy połowić ryby nad jeziora.
-Nie okłamuj mnie, szczeniaku. Co ty sobie wyobrażasz? Co ludzie powiedzą? Jeszcze z tym chłopakiem od Sosnowskich. Chodzą słuchy w mieście, że on jest mordercą. Nigdzie z nim nie pojedziesz.
W Alanie krew się zagotowała. Nie wytrzymał, bez pukania wszedł do domu, prosto do salonu, z którego słyszał kłótnię.
-Dzień dobry, panu, nazywam się Alan Sosnowski, jestem mordercą. Byłby pan tak miły i pozwolił mojej kolejnej ofierze pojechać ze mną nad jezioro? Obiecuję, że podpalę wam dom czy zamorduje w inny sposób dopiero, jak wrócę. 
Ojca Feliksa wmurowało. Za to Felix nie powstrzymał śmiechu. Śmiał się radośnie, aż Alan się uśmiechnął, nie patrząc już na ojca Feliksa tak surowym wzrokiem.
-CO TO MA ZNACZYĆ? CO TY ROBISZ W MOIM DOMU? I JAK ŚMIESZ MI GROZIĆ, GÓWNIARZU! -Wydarł się starszy tak niespodziewanie, że Felix zamarł ze śmiechem na ustach.
-Pukałem, jednak był pan zbyt zajęty przekonywaniem swojego syna że jestem niebezpieczny, chociaż nawet razu mnie pan na oczy nie widział. I ja wcale panu nie grożę. Słyszałem od kogoś, że jak małe dziecko nie chce iść spać, to rodzice mówią, że przyjdę i podpalę im dom. Miło, prawda?
Lekko zszokowany mężczyzna nie wiedział, co odpowiedzieć. Alicante było dość spokojnym miastem, więc taki ktoś jak on wzbudził sensację i był powodem ciągłego plotkowania, szczególnie, że zawsze, gdy ktoś umierał, on był w pobliżu.
Alan, nie czekając na tyradę, złapał Feliksa za rękę.
-Moja ofiaro, bierz swoje rzeczy i idziemy, bo nie zdążymy na autobus.
-On. Nigdzie. Z Tobą. Nie. Pójdzie.
-Tato, przestań. On nie jest żadnym mordercą. Nic mi nie będzie.
-Jeśli teraz wyjdziesz, to zabierz wszystkie swoje rzeczy i więcej tu nie wracaj. Nie będzie tu dla ciebie miejsca.
Felix stanął.
-Czy ty właśnie wyrzuciłeś mnie z domu?
Alan pociągnął go za rękaw i zaśmiał się ponuro.
-Chodź. Możesz mieszkać ze mną. Ewentualnie cię zamorduje, ale masz pewność, że nie będziesz musiał spać na ulicy ani błagać swojego ojca o wybaczenie. Żegnam. 
Felix, jeszcze w szoku, złapał walizkę, pobiegł szybko do swojego pokoju i wrócił jeszcze z jedną.
-Możemy iść.
Do ojca Feliksa dopiero teraz dotarło, co się dzieje.
-Felix, synu, co ty wyprawiasz. Zostawisz rodzinę dla kogoś takiego jak on? To niedorzeczne.
-Mam już 18 lat. Mogę sam decydować o swoim życiu. Zresztą, i tak chciałem się stąd wyprowadzić. Cześć, tato. Znasz mój numer.
I wyszedł, trzymając kurczowo dłoń Alana.
***



1 komentarz: